Nareszcie nadszedł wieczór piątkowy: pożyczono Krystianowi czarne ubranie, a gospodyni jego przypaliła mu włosy żelazkiem. Twarz jego pałała od wewnętrznego niepokoju, serce biło jak nigdy, gdy podniesiono kortynę i cała publiczność, po większej części miejska, a nawet rzemieślnicza, patrzała na niego jakby na raroga.
Koncert udał się wybornie, a dyrektorowie przyjęli go w kulisach z wielkimi grzecznościami. Pewien cyrulik, który sam grał na skrzypcach i kollektor loterii, wirtuoz na kotłach, wybiegli do niego i dziękowali mu, podnosząc go pod niebiosa za tony flażoletowe i za ruchy smyczkowe w aplikaturze.
— Szczęście moje już jest zapewnione! — pomyślał; — dziś wieczór niezawodnie wszyscy o mnie tylko będą myśleć i mówić! — Każdy z grających, począwszy od primadonny aż do żołnierza na warcie, którego cała rola ograniczała się na tym jednym wyrazie: — Niewolno! — niezawodnie marzył o sobie tak samo. O w pół do dwunastej widowisko było skończone, jakoż pod tym jedynie względem powiedzieć można o podobnych zabawach, iż są długotrwałe.
Powróciwszy do domu, Krystian nie mógł zasnąć; patrzył tylko w gwiaździste niebo, myślał o swoim szczęściu, o Łucji i o Piotrze Wiku, o ciepłych dniach letnich i Naomi.
Każdy list, który posyłał do domu, tchnął tylko weselem i odwagą młodzieńczą; każda nadzieja w nim wyrażała się pełna życia i radości. Matka jego już się napawała przekonaniem, że szczęście jego do połowy zrobione, boć miał wstęp do wielkich domów i nawet w teatrze dawał koncert na skrzypcach. W jej ubóstwie, to jego życie wydawało się życiem najświetniejszym; znała jego dobre serce, a że i tak Pan Bóg małe jej dziecię przyjął do swojej chwały, więc jakkolwiek nieco cierpiąca, za ślepą pasażerkę przysiadła się do pocztyliona i zimową porą pojechała do Kopenhagi, żeby mieszkać razem z swoim Krystianem, o którego szczęściu opowiedziała już wszystkim przyjaciołom i sąsiadom.
Miała to być surpryza dla kochanego chłopczyka, i w samej rzeczy było wielką surpryzą.
Otóż tedy matka z synem, siedzieli razem w małej, trójgraniastej facjatce. Śnieg walił w szyby, a gospodyni krzywiła się.
— Tobie się dobrze powodzi! — rzekła Marya. — Ze mną bo bardzo źle, ale z ciebie poczciwa dusza i dziękuję Najwyższemu, że mi dał takiego syna, jak ciebie!
Zdrzemnęła się na jego łóżku, a łzy Krystiana ciekły po zmarzniętych szybach. Nieborak modlił się po cichu: — O! Boże miłosierdzia, zmiłuj się nad nami!