Jesteśmy wśród Paryża, w samym Palais royal, którego arkady otaczają nas; tu siedzi kilku Duńczyków, którzy przedstawiający się im widok porównywają z dekoracją w wodwilu kopenhagskim. Już to co rzeczywistość, to nie naśladowanie! Te oto kwiaciarki przedają róże; damy z powiewającymi na kapeluszach piórami wydzielają wyzywające spojrzenia, a za nimi idą ich, tak nazwane, stare mamy lub ciotki. Między Duńczykami jest jeden, od kilku dopiero dni przybyły, ale nam dobrze znany; każdy mu opowiada, co przede wszystkim zobaczyć powinien.

— Taglioni! — mówi jeden — koniecznie trzeba, żebyś pan ją widział w Natalii i w Sylfidzie! To mi dopiero taniec! Unosi się jak ptaszek i spada jak bujająca bańka mydlana!

— Trzeba żebyś pan pojechał do Wersalu! — rzecze drugi. Niedługo podobno grać będą wszystkie fontanny! A nie zapomnij pan o théatre français!

— Wszystko zobaczę! — odpowiedział nowo przybyły, — szczególnie zaś cieszę się na rozprawy publiczne w izbach parów i deputowanych. Mam list rekomendacyjny do markiza Rebard. Czy panowie znają tego pana?

— Ja tam bywam! — zawołał jeden. — Jego żona jest z Danii, o ile mi wiadomo, ale umysł ma prawdziwie francuzki, dama wielkiego świata, nader miła i zajmująca. Na dzisiejszy wieczór proszony jestem do loży markiza w wielkiej operze. Jeżeli pan pozwolisz, to i pana tam wprowadzę?

— Ślicznie panu dziękuję, ale mam już bilet do teatru Palais royal, gdzie mam zobaczyć pannę Déjazet w wodwilu: Pod kluczem — !

— Jedno drugiemu nie przeszkadza; najprzód pójdziemy na: Pod kluczem, a stamtąd do Wielkiej Opery.

Rodacy rozstali się; jeden z nich miał uszczęśliwić się słuchaniem Grisi, owej bella divina, jak się wyrażał, — drugi wybierał się do dziecinnego teatru pana Comte, gdzie młodziuchna panienka, dziecko jeszcze, robiła nadzieję, że wnet podrośnie do wysokości jego serca. Nasi dwaj panowie poszli do teatru w Palais royal, żeby widzieć młodą podówczas Déjazet w wodwilu, którego by naprawdę u nas przedstawić nie można. Ofiarujący się za przewodnika ziomek był duńskim oficerem.

W lożach naokoło lśniły się bogate stroje damskie. Już w komedyjce: Córka Dominika, ukazała się owa milutka, pełna paryskiego życia artystka, która ich ściągnęła do teatru. I tu już zachwycała wszystkich, lecz dopiero w wodwilu: Pod kluczem, wyłącznie ona występowała na scenie, bo przedstawiała młodą dziewczynę, którą rodzice, wychodząc z domu, zwykli zamykać na klucz. Kochanek jej stoi tedy za drzwiami, a ona wszystkimi sposobami draźni go i udaje, jak gdyby inny mężczyzna był u niej. W końcu jednak godzą się, a kochanek przynosi szampana, który panna pije, rozwesela się, aż w końcu snem zmorzona oświadcza, że się udaje na spoczynek. W tym właśnie cały dowcip tej sztuki. Otóż rozbiera się, kładzie swoje suknie na stole, jedną nogą już staje w łóżku, kiedy nagle pęka szyba nad drzwiami i ukazuje się młody oficer, zapewne ów czekający kochanek. Dziewczyna wydaje okrzyk przestrachu, przykrywa się kołdrą po uszy, ale kochanek wpada do izby, tylko że na szczęście w tej chwili spada zasłona.... co w samej rzeczy było wielce moralnym ze strony maszynisty.

Sztuczka miała ogromne powodzenie. Damy śmiały się i klaskały, — C’est la liberté! — rzekł oficer duński, a obcy również znalazł ją niezmiernie charakterystyczną, po czym z mniejszego poszli do teatru większego, gdzie głosami swoimi zachwycali Nourrit i Damoreau, i gdzie nowo przybyły Duńczyk miał być przedstawionym markizowi i jego małżonce, swej rodaczce. Nie wiemy, dlaczego na wspomnienie o tym dziwnie jakoś uśmiechnął się.