Nakryto do wieczerzy, Niels przyszedł, ale Krystiana nie było ani śladu. Czekano na niego, szukano wszędzie, a nigdzie nie było go widać. Już dochodziła jedenasta.

— Już on nadejdzie, skoro będzie głodny! — rzekł ojczym.

— Jestem jego matką! — rzekła Marya, — i najlepiej wiem, jak jest bliskim mego serca. Znaleźć go muszę, ale na sucho tak się z nim nie skończy.

Nigdzie ani śladu Krystiana.

Zaraz po obiedzie usiadł był na ulubionym swoim miejscu nad strumykiem; wietrzyk przebiegał pole, promienie słońca były słabe i chłodne, dawno już wędrowne ptaki opuściły okolicę, — więc zdziwił się niemało, gdy blisko siebie ujrzał bociana marodera. Może gdzieś był w niewoli, gdy odlatywała cała gromada jego towarzyszy; może go później wypuszczono, a teraz jako samotny pielgrzym miał przed sobą daleką drogę przez powietrzne stepy, do dalekich krain południa.

Ptak skakał naokoło Krystiana, widocznie wcale się nie bał i patrzył na niego mądrymi oczyma. Wówczas chłopiec przypomniał sobie owe bociany, które gnieździły się nad domem żyda; zdawało się jemu, że to ten sam jest owdowiały samiec i wszystkie miłe wspomnienia dzieciństwa tłoczyły się do jego duszy. Stanęło mu w pamięci to wszystko, co ojciec opowiadał o tych tajemniczych ptakach; zbliżył się, ale bocian odleciał o kilka kroków. — O żebyto dostać skąd bocianich skrzydeł i polecieć wraz z nimi w obce kraje! — mawiał ojciec, i nigdy jeszcze ta sama tęsknota tak silnie nie ogarnęła malca, jak w tej chwili: — Gdybym tylko mógł wrócić do Swendborga, do mojego chrzestnego! — pomyślał i na wpół marząc poszedł przez łąkę i pole; wówczas i bocian wzniósł się pysznym lotem i poleciał ponad lasami, a Krystian uradowany jak rzadko, powędrował dalej, ku głównemu traktowi prowadzącemu do Swendborga.

Dopiero gdy zapadł zmrok, gdy pojawił się głód, myśli jego zwróciły się ku domowi i przeląkł się, że tak bardzo odeń się oddalił, że nawet gęsi zostawił w polu bez opieki. Już teraz nimby wrócił, byłoby późno, — a co powiedzą rodzice? Stanął; bocian to winien był wszystkiemu: zaczął płakać, bo przeczuwał, że go w domu ostra czeka kara. — Dobry Jezu! bądź moim opiekunem! — tak modlił się pobożnie i poszedł w dalszą drogę.

Coraz się bardziej ściemniało, ręki nie było widać tuż przed twarzą, więc wlazł w rów, oparł główkę o drzewo, zmówił pacierz i z rezygnacją poddał się swemu przeznaczeniu.

Nie mogło być więcej, nad godzinę dziesiątą; kiedy więc tak siedział, zdawało mu się, jakoby mocne światło błyszczało z daleka między drzewami; usłyszał nawet muzykę. Odległe tony tak pięknie i słodko dolatywały jego uszów; słuchał nabożnie, tak jak słuchają błogosławieni niebieskich harmonii. Raz przysiągłby, że spływają nań z wierzchołków drzew, raz że z obłoków nad nim bujających; może i prawda w podaniu o śpiewie łabędzi, tylko że tak wysoko śpiewają nad ziemią, iż człowiek ich nigdy nie dosłyszy: tu przecież śpiew ich dochodził ucha ludzkiego. Obłoki większego nabierały blasku, wszystko rozjaśniało się; spojrzał na coraz zwiększające się światło i ujrzał jak księżyc swoim bladym światłem wywoływał z cieniów nocy krzaki, drzewa i murawy.

Poznał teraz że jest w szlacheckim folwarku Glorup i że siedzi na rowie otaczającym tameczny starożytny ogród. Muzyka, którą słyszał, dochodziła go z głównego korpusu; stamtąd jaśniały takie pojedyncze światła. Cóś go gwałtem ciągnęło naprzód: zsunął się tedy między krzaki i jednej chwili był w ogrodzie.