— Nie smuć się! Matka moja ciebie lubi! — i błagającym wzrokiem spojrzała na matkę.
— W imię Boże! — rzekła, — Pan Bóg ciebie do nas przyprowadził; więc zostań! Biedy nie doznasz dzisiaj w Swendborgu. Jutro powrócisz z nami!
— Dobrze! — odpowiedział Krystian z głębokim westchnieniem.
W drodze pytała się jeszcze o ojca chrzestnego, czym był za życia, a chłopiec odpowiadał na wszystko, jak umiał najlepiej. Łucja rozmawiała o kochanym wuju i o okręcie, który mieli zwiedzić, o ładnej, małej kajucie z drobnymi okienkami, na których wisiały czerwone firanki, a w środku sylwetka nieboszczki wujenki, Szwedki z Malmö. Opowiadała o półkach z Biblią, o psałterzu i o starych skrzypcach.
Na to słowo zaiskrzyły się oczy Krystiana: — Skrzypce! — zawołał; teraz dopiero pojmował, jak pokochać można tego zacnego człowieka.
W samo południe zaszli do Swendborga. Z jakim zachwyceniem poglądał na Thorseng, na zatokę i na całe miasto! miał ochotę kłaniać się wszystkim domom, boć to starzy byli jego znajomi! Poszli ulicą Młynarską, spojrzał z daleka na dom ojca chrzestnego, — okienice były otwarte, drzwi zamknięte. Potem zeszli do mostu nad portem.
— Otóż i Łucja! — rzekła matka wskazując na okręt.
— Otóż i wujo! — rzekła Łucja. Podwoili kroku.
W kwiecistej kurcie perkalowej stanął przed nimi niski, gruby człowiek, z czerwoną, jowialną twarzą. Był to wujo Piotr Wik.
— Nie może być! to wy! — zawołał, — a to zapisać trzeba w kominie! Elżbietka i mój maleńki okręcik lądowy! Płyniecie od północy z wiatrem południowym! No, proszę na pomost!