— Podnieś sobie chustkę na uszy! — rzekł Piotr Wik. — To niedługo przejdzie!
Szli dalej ze spuszczonymi głowami, dla zasłonięcia się od przykrej zamieci. Wysoko w powietrzu szumiał wicher, jak pędzące w potoku koło młyńskie.
— No i cóż? czy jeszcze nie ustaje? — rzekł kapitan, podniósł głowę do góry i stanął. W tej chwili pod nimi zaturkotał lód, jakby najokropniejszy wystrzał armatni. — Póki trzaska to i trzyma! — zawołał, porwał Krystiana za rękę i szybko poszedł dalej. — Trzeba nam iść w prostej linii, to jak raz natrafimy na pomost portowy w Malmö! A to mi się dopiero pieni z góry! — zawołał i oddmuchiwał płaty śniegu, wiejące mu w same oczy. Wtedy znowu zagrzmiało pod nimi od silnych prądów, rozdzierających lody, chociaż na powierzchni nic jeszcze nie było widać. — Dalibóg! niezłe tam u nich są armaty! — rzekł — szkoda, że z nich nie strzelali w urodziny naszej królowej!
Przez chwilę śnieg padał mniej gęsty; dziwny jakiś odgłos, niby ludzkie westchnienie, dał się słyszeć pod nimi, zupełnie różny od tego, który dopiero co zagrzmiał w ich uszach; rzekłby kto, że uwięziona głębia szuka wolnego oddechu. Piotr Wik stanął i zamrużywszy oczy spojrzał przed siebie. — Jeszcześmy nie zaszli w pół drogi — rzekł. — Mnie się zdaje, że na dzisiaj zostawmy Szwecyę Szwecyą. — Jeszcze raz przystanął i słuchał.
Jako marynarz wiedział dobrze, że mocny lód przy zmianie prądu i przy wietrze południowo wschodnim, jaki się teraz zerwał, w nader krótkim czasie może się załamać i popędzić ku północy. Jest to jedno z najbardziej imponujących widowisk natury w Danii. Siła lodu, moc prądów, zwłaszcza pod Helsingör, gdzie Sund zaledwie na pół mili jest szeroki, w potężnej walce ścierają się z sobą. Ogromne bryły kry ściskają się, woda unosi je wysoko, a zewsząd otoczone piętrzą się w dziwnych kształtach, podobne do pływających szklanych pagórków. Cały Sund wydaje się jedną pędzoną wiatrami skałą.
Jeszcze nie było widocznych oznak takiego widowiska, lecz sygnał już był dany, a wojenne rumaki głębin zarżały śmiercią wszystkim podróżnym na powierzchni. Śnieg puścił się znowu. Piotr Wik zawrócił, a teraz już droga była lżejsza, bo wiatr i śnieg mieli za sobą. Nagle dał się słyszeć tuż za nimi słaby, lecz przenikający okrzyk przerażenia; Wik obejrzał się na szczęście dość wcześnie, żeby nie dostać się pod małe, leciutkie saneczki, w których siedziało czworo ludzi. Sanki te jechały wzdłuż Sundu, w kierunku między dwoma brzegami. Piotr Wik krzyknął: — holla! — na co odezwały się głosy przejezdnych, a sanki zatrzymały się.
Jakiś wielki pan, Duńczyk, siedział przy służącym na przodzie; dwie damy, z których jedna starsza, a druga bardzo młoda panienka, zajmowały wygodniejsze miejsca. Młodsza płakała głośno, a starsza cała otulona była w futro.
— Jak daleko jeszcze do Zelandyi? — zapytał pan.
— Około dwóch mil! — odpowiedział Piotr Wik. — Ale jeżeli państwo pojadą w tym kierunku, to kawałek drogi będzie jeszcze niezły. Płyniecie prosto do Pruss. Tu leży Szwecya, a tu Zelandya — i wskazał na obie strony.
— Czyś pan tego pewny? — zapytał podróżny.