— Podobno najlepiej, żebym wysiadł! — rzekł.
— Ach nie! — zawołała błagającym głosem. — Umrzemy! Lód załamuje się pod nami! — Zdarła z siebie futro i wyjrzała na świat, blada jak śmierć. Długie, czarne włosy spływały na twarz pełną przerażenia. Krystian spojrzał na nią: — toż to Naomi! — ale nie śmiał jej nazwać po imieniu. Niespodziany widok usunął z jego pamięci wszelką myśl o niebezpieczeństwie.
Tu i owdzie przez szarą mgłę ukazywały się jaśniejsze plamy, ale o jakie może sto kroków za nimi kra piętrzyła się wysoko, a ciemna kresa w dziwnych konturach rozciągała się po bokach. Wtedy przed nimi dał się słyszeć inny znowu odgłos, nie wychodzący ani z powietrza, ani z morza, głuchy i żałosny, jak ryczy podobno krowa morska, o której mówią, że przednimi łapami unosi się niekiedy na skały i odzywa do pokrewnych jej zwierząt na pastwisku, do których biedna wydobyć się nie może.
— Co to było? — zawołał obcy pan i niespokojny spojrzał w kierunku odgłosu. Piotr Wik milczał.
— Cóż tam znowu, na prawo przed nami? — zapytał Piotr Wik i skręcił konie. Z lodu sterczał duży drąg. — Pewnie rybackie przeręble, a drąg ten postawiony na przestrogę!
— Mnie się zdaje, że tam widać dom! — rzekł służący.
— Jeszcze do lądu nam daleko! — półgłosem odpowiedział marynarz.
— Holla! — krzyknął któś i jednocześnie odezwał się tuż przed nimi ten sam głos żałosny, który raz już słyszeli.
Niedaleko od miejsca, w którym sanki się zatrzymały, było cóś na kształt drewnianej szopy, na wpół śniegiem pokrytej. Tu zastali handlarza z bydłem, które ryczało od zimna.
— Cóż to za pudło, coście w nie wleźli? — spytał Piotr Wik. — Czy wy tu udajecie się na spoczynek?