— Teraz, widać, pani już lepiej, niż wtenczas, kiedyśmy razem byli na morzu, chociaż człowiek poczciwą i czystą wodę miał pod sobą; ale wtenczas pani jakoś wyglądała nietęgo; dziś już chwała Bogu! inaczej. Nigdy bym się nie był spodziewał, że się tak rychło spotkamy znów na morzu!

— Na lądzie i tak już dość bliskimi jesteśmy sąsiadami — odrzekła guwernantka — boć tuż pod naszymi oknami stoi pański okręt. Nieraz z rana widuję pana na pokładzie, a wieczorem słyszę wygrywającego na skrzypcach.

— Więc to pańskie skrzypce tyle razy słyszałem? — spytał hrabia. — Bardzo oryginalny z pana muzyk! Zdaje się, że to były fantazje! Masz pan zemnie prawie co dzień nader uważnego słuchacza!

— Tak jest, skrzypce są moje, — odpowiedział Piotr Wik; — ale w żadne fantazje póki życia nigdy nie wdawałem się. To pan hrabia słyszałeś tego oto chłopca! żadnego kawałka dobrze nie umie, więc grywa zwykle piąte przez dziesiąte. Ja mu zawsze mówię, że to bigos, same resztki z niedojedzonych obiadów.

— To on? — spytał hrabia i z pewnym zajęciem spojrzał na Krystiana. — W tym chłopcu siedzi cóś genialnego. Powinieneś był obrać sobie zawód muzyczny, tobyś może był wyszedł lepiej!

— Zapewne! — rzekł Piotr Wik. — Ale widzi pan hrabia, kiedy kto w domu ma tylko chleb z solą, to mu się na nic nie przyda, że usiądzie i zastanowi się nad tym, jakie pieczyste lepiej może smakować! — po czym opowiedział na swój sposób, jak się do niego dostał biedny junga.

— A to z ciebie widzę mały awanturnik! — zawołał hrabia z uśmiechem i pogłaskał go po twarzy. Krystian czuł, jak serce jego bije mocniej, podczas gdy obcy pan pilnie jemu przypatrywał się, ale nie śmiał odezwać się żadnym słówkiem, choć to o nim samym była mowa. Gdyby choć Naomi powiedziała: — Znam go także! bawiliśmy się z sobą! — Ale ona siedziała milcząca i tylko czarne oczy z natężeniem wlepiała w jego rysy.

Uczta, która teraz nastąpiła, zdaniem Piotra Wika była prawdziwą biesiadą Wielkanocną.

Słońce bliskie już było zachodu i czerwonym rąbkiem opasało rozchodzące się chmury. Widok na morze miał cóś dziwnie niezwykłego; od strony Zelandyi biała lodowa płaszczyzna, popękana w najrozmaitszych kierunkach, wyglądała jak duża, kolorowana mapa geograficzna, na której rzeki, góry i granice polityczne odznaczone były ciemniejszymi liniami; ciągłe trzaskanie, połączone z powolnym unoszeniem się całej skorupy, wróżyło odmianę, która od strony Szwecyi już nastąpiła. Tu ściskała się ogromna kra w potężnych bryłach, podobna do gór szklanych, a spuściwszy się na dół pędem strzały, popłynęła dalej na spienione, modre morze.

Teraz oderwała się także najbliższa naszych podróżnych masa, a prąd wody uniósł ją daleko.