— No, ja o tym nie mówiłem! — rzekł hrabia. — W każdym razie dobrze, że sobie nie zrobił szkody!

— Czy nie zobaczymy małego arcydzieła? — zapytał szambelan. — Piękne oczy panny Naomi mówią, że gotowe zachęcić artystę!

Hrabia uśmiechnął się, a za chwilę stanął przed nimi Krystian kryjąc za sobą skrzypce. Wszystko tu w pokoju było tak woniejące, ciepło tak przyjemne, wkoło niego sam tylko przepych i bogactwo: a przy tym takież kwiaty i ta sama Naomi, zupełnie tak jak wówczas, kiedy przełaził przez otwór w murze do ogrodu żyda. — Chcą mnie słyszeć grającego! — pomyślał i zadrżał z radości.

W tej chwili wszedł do pokoju jakiś pan wysoki i chudy, z twarzą poważną a nawet surową. Ponurym i badawczym wzrokiem spojrzał na Krystiana, jak gdyby chciał powiedzieć: — Cóż tutaj robi ten ubogi chłopiec?

— Jest to mały geniusz muzyczny! — rzekł hrabia i w kilku słowach wyjaśnił mu całą znajomość.

Obcy jeszcze surowiej spojrzał na chłopca, którego hrabia odprawił z obietnicą, że go słuchać będą drugim razem i znów dał mu do ręki bitego talara; lecz Krystian na wpół tylko uszczęśliwiony opuścił wspaniały apartament.

Służący zaciągnęli go znowu do swej izby, i teraz, tak samo jak wczoraj, zagrał im różne sztuczki. Żarty sypały się znowu jedne po drugich, lecz pochlebiano też jego próżności, a w końcu dano mu nieco drobnych pieniędzy. Gdy uradowany schodził ze schodów, spotkał poważnego pana z surowym wejrzeniem. — Toć oni z ciebie stroją drwiny! — zawołał, a te wyrazy jak paląca trucizna wpadły w kielich jego szczęścia.

Na okręcie Piotr Wik przyjął go z zagniewaną miną.

— Co u kata! gdzie ty się włóczysz? — zapytał. — Czyś ty został miejskim muzykantem? Tam na dole w kajucie możesz sobie rzępolić, ile ci się podoba, ale nie przed tymi fagasami, bo cię poczęstuję kułakiem, że długo popamiętasz! Czy rozumiesz?

Krystian smutny i w milczeniu położył się w swojej małej koji.