Był to głos pani Knepusowej.
Facjatka Krystiana nie była wprawdzie wysoka, a po małej drabinie nietrudno było dostać się do okna; — ale zawsze? Po co przychodziła tą drogą i dlaczego w takiej porze?
Wyskoczył z łóżka i otworzył okno. W samej istocie na drabinie stała pani Knepusowa! W starej piosence lud śpiewa o pięknej Agnieszce:
«To już straszydło było chyba:
Z wierzchu kobieta, a spód ryba!»
lecz o pani Knepusowej można by śpiewać inaczej:
«Jakże biała! jakże pełna!
Z wierzchu perkal, spód bawełna!»
— Pewnom cię na śmierć przestraszyła! — rzekła śmiejąc się przytłumionym głosem. — Pomóż mi tylko wejść!
Krystian postawił krzesło pod oknem i pociągnął ją za rękę, choć nic a nic nie rozumiał, coby to wszystko mogło znaczyć.