Potem zaś, koło północy już było,

kiedy z folwarku od stryjki wracałam,

gdy wtem z alei obok sadu Marty

jakiś drab łysy smyrgnie wam tuż przy mnie

z jednym kopytem, za nim zaś smród leci

jak dym ze smoły i siarki, i sierści.

„Wszelki duch!” — krzyknę przerażona, po czym

obrócę się... i jeszcze wam, na duszę,

łysinę dojrzę, panowie, jak znika

i przez aleję, niby próchno, świeci.