Słuchałem go, oglądając się ciągle na drzwi, a gdy skończył skinąłem, żeby się nachylił.
— Gdzie Gabrunia? — spytałem bezdźwięcznym szeptem, jaki mi pozostał, gdy mi ksiądz pod sam nos swe potężne ucho wsunął.
Proboszcz machnął ręką, dając do zrozumienia, że jest to przedmiot rozmowy niepocieszający.
— Słabe ślimaczątko, słabe, nie wyłazi ze swojej skorupki. Ot! Z nią gorsza bieda! Skaputowała nasza Morska Pianka! Zmarnowało się nasze Panieństwo! Wielka Melancholia, kochany panie Bolesławie, Wielkie Utrapienie! A na to już rady nie ma. Młodość jak śmierć. Raz się tylko człowiekowi przytrafia.
— Och! Ta Ela! — odezwała się z westchnieniem ciotka, która zbliżyła się teraz do mnie, podczas gdy jej synowa odprowadzała Wandę do przeznaczonych dla nas pokojów. — Ta Ela! Powiedziałam, że tak będzie. Za mąż nie poszła, zniemrawiała do reszty. Ani pójdź, ani weź! Ja zawsze mówiłam, że u niej w głowie czegoś za mało, czy za dużo, a już co teraz, to wyraźnie miewa zajączki. Niech ksiądz proboszcz powie, co ona wyrabiała, gdyśmy się dowiedzieli o chorobie Bolesia? Nie jadła i nie spała przez dziesięć dni, tylko siedziała jak ten słup. Czy to było naturalne? Przecież mu ani żona, ani siostra. Całe szczęście, że Lucyś trafił na taką poczciwości kobietę, bo inna by mu ciągle wymawiała, że taką zawalidrogę155 w domu trzyma.
Wzdrygnąłem się mimo woli.
— Co ci to Bolesiu? zabolało cię co? — pytała ciotka troskliwie, a na mój przeczący znak, dorzuciła, podejmując przerwany temat:
— Narwana dziewczyna! I do niczego! Zupełnie do niczego!
— Przesadza się, przesadza się! — wystąpił proboszcz z obroną swojej ulubienicy. — A w karty to z nami nie grywa? A Lucysiowa konsolacja156 mało to się z nią nadrażni?
— Jeszcze by też! — odparła ciotka, ruszając ramionami.