Ale chłopak umilkłszy na chwilę, rozstawił jeszcze szerzej nogi i zaczął znowu:
Dzisiaj niedziela, dzisiaj niedziela,
Drobny deszcz pada,
A ciocia —
Ela podniosła z wolna rękę do głowy, ale mnie ogarnęła taka niepohamowana złość na tego malca, który jej się sprzeciwiał, a którego ona z taką słodyczą moim imieniem nazywała, że w jednej chwili znalazłem się przy nim, schwyciłem go za kark i wyrzuciłem z pokoju, zanim oszołomiony zdołał pisnąć...
Ela krzyknęła. Zeskoczyła z okna i oparta o futrynę, przyciskając obie ręce do swej płaskiej piersi, w opadającej na niej habitowo sukni, blada, nieruchoma, stała podobna do owych posągów mniszek we framugach starych klasztorów.
Patrzyliśmy na siebie długo.
Z wolna ująłem jej rękę, zimną i sztywną, istną rękę statui i przyłożyłem ją do moich ust niemych, które w tej chwili nawet szeptu wydać nie mogły.
Zaczęła drżeć silnie pod tym dotknięciem, wielkie łzy napełniły jej szafirowe oczy i spadły cicho na czarny materiał stanika.
Wtedy odwróciłem się i wyszedłem prędko, unosząc palący ból tych łez na własnych piersiach.