Ela zdjęła kapelusz, otrzepała go bardzo starannie i powiesiła na kołku, po czym siadła naprzeciwko mnie pod oknem i oparłszy czoło na ręku, patrzyła w ziemię. Oddychała bardzo silnie i prędko; miała wypieki. Powiedziałem jej, że nie powinna chodzić na spacer w sam upał, pokiwała głową i znowu milczeliśmy oboje.
— Czy jeszcze myślisz o mnie? — zagadnąłem wreszcie, pochylając się ku niej.
— Tak.
— Niewesoły temat, moja Gabruniu, ale upoważniający do wzajemności. I ja także myślałem o tobie.
— Cóżeś myślał?
— Myślałem, czy ci odrosły takie same długie włosy i dlaczego ich teraz po dawnemu nie nosisz?
Zarumieniła się i spojrzała na mnie z wyrzutem.
— Czy szydzisz ze mnie, Bolesiu? Jakże ja bym wyglądała teraz z rozpuszczonymi włosami? Jestem stara.
— Nie jesteś stara — zaprzeczyłem o tyle stanowczo, o ile szept stanowczym być może.
— Jestem stara już od lat dziesięciu — odparła. — Razem z włosami obcięłam młodość moją.