Często po drodze dobywał z kieszeni cygarnicę z krokodylowej skóry i zapalał papierosa, zatrzymując bez ceremonii wózek, a potem popychał go jedną ręką i puszczał nad zgarbionymi plecami i siwą głową swego chlebodawcy misterne kółka i wężyki.

Bywało, wiatr wpędzał dym pod nos staruszkowi; ten wówczas zanosił się od kaszlu, od którego w piersiach grało mu, jakby kto skorupami stłuczonych garnków potrząsał, i obracając nieco głowę, przemawiał głosem łagodnego wyrzutu:

— Jaki ty niedobry tytoń palisz, Murciulku.

— Albo mi to pan daje na lepszy? — odpowiadał Murciulko. — Pan wie, że ja nie od tego, żebym dziesięciorublowe cygara palił.

— O! Wiem, z ciebie wielki marnotrawca, mój Murku.

— Panu Bogu za to dziękuję; czy to jest większe paskudztwo na świecie, jak kiedy się człowiek skąpcem urodzi.

Szczególną tę rozmowę przerywał zwykle turkot dorożki lub starcie z przechodniami.

Wózek wlókł się leniwie, mijał plac św. Aleksandra, wjeżdżał w aleje Ujazdowskie i począwszy od wczesnej wiosny aż do późnej jesieni, docierał do ogrodu Botanicznego i skręcał w bzową aleję.

W majowe, ciepłe ranki staruszek podnosił oczy ku trzęsącym się nad nim olbrzymim różowoliliowym kiściom kwiatu, wciągał w siebie heliotropową174, mocną woń i najczęściej kichał.

— To zapach! — mówił, szukając chustki do nosa — To zapach! Czujesz, Murku, jak te bzy dzisiaj silnie pachną?