— Widzisz więc, jak mnie obchodzisz. Powinieneś to cenić i za to samo...
— Niech pan głupiemu gada. Wiem ja gdzie raki zimują. Takie obchodzenie! Phii!
— To nie wierzysz, że cię kocham, jak rodzonego syna!
— Co pan wie, jak się rodzonego syna kocha! Żeby pan miał choć krztę serca dla mnie, to by się pan nie sierdził, że sobie trochę wieczorem po takim paskudnym życiu odetchnę. Ech! Niech pan lepiej śpi i mnie da spać, bom zmęczony.
Nazajutrz Murka znowu wieczorem nie było — Tak świetnie zaczęta kariera knajpowego Amfitriona210 domagała się podtrzymania swego blasku. Ale! O znikoma gwiazdo szczęścia! Panna Flora zawiodła go haniebnie. Zaproszona na inną ucztę, nawet patrzeć na niego nie chciała, a w dodatku pokazało się, że ten brat nie był wcale jej bratem...
Przez tydzień Murek chodził jak struty. Nie można się nawet dziwić, że po takiem rozczarowaniu zaniedbywał się w spełnianiu codziennych obowiązków, których trywialność zbyt rażąco odbijała od jego bajronicznego211 nastroju. Takim zawiedzionym kochankom to tylko przystoi pić bez upamiętnia, albo awantury robić, a nie wozić podagrycznych212 staruchów!
To też znęcał się nad swoim panem za tę ironiczność losu, ile się dało. Fukał na niego, udawał że nie słyszy, gdy do niego mówił, raz go nawet omal na zakręcie nie wywrócił.
Biedny stary w głowę zachodził, co się Murciulkowi stać mogło i łasił mu się jak bity pies.
Nie jeździli już teraz po południu do botanicznego ogrodu; poprzestawali na alejach, bo dnie bywały chłodne i dżdżyste.
Skulski, który zawsze choć trochę ruchu potrzebował, wysiadał z wózka i wlókł się z ciężkością po rozmiękłej ziemi, obryzgując nieraz błotem wykwintne inseparable213 Murka, gdy stopa jego bezsilna zapadła się w kałużę.