Zrozumiał, że dalej nie pójdzie. Instynktownie wyciągnął jedną rękę, drugą, całym ciężarem opierając się na grubej lasce i uchwycił nisko zwieszoną, nagą gałąź.
Zapewniwszy sobie w ten sposób równowagę, obejrzał się dokoła. Nikogo! Nikogo! Wózka nawet nie widać. Poznał teraz cały nierozsądek swego przedsięwzięcia. Tam Murek wrócił z pewnością i szuka go na swoją rękę. Niepodobna, aby nie wrócił; to poczciwy chłopiec, niepotrzebnie się na niego obruszał i odgrażał. Kto wie, co go tam zatrzymać mogło?
Dobył więc głosu z piersi i zawołał parę razy przeciągle: Murku! Murku! I stał znowu nasłuchując.
Nic — oprócz szumu deszczu po wierzchołkach drzew, wiatr ustał i gdyby nie ten mokry szept, jakim szare niebo do czarnej ziemi przemawiało, cisza byłaby zupełną.
Co będzie? Co będzie? — Co robić? Puścić gałąź i próbować iść dalej, a jeżeli upadnie, gdy ją puści? Upadnie niewątpliwie; ale czy podobna stać tak i czekać może godzinę jeszcze, może dwie? Łzy okropne, palące, łzy niemocy, pokrzywdzenia, buntu wszystkich ludzkich uczuć, puściły mu się z oczu.
Płakał po raz drugi w życiu, a gałąź, której się trzymał, chwiała się nad nim, wstrząsana jego łkaniem i zdawała się płakać z nim razem deszczowymi łzami. Ach! Bo też to była dola, nad którą drzewo zapłakać by mogło. Taki stary! Taki bezsilny kaleka i taki opuszczony!
Na całym szerokim świecie nie ma nikogo, co by się w tej chwili o niego zatroszczył, co by zapytał: Co się z nim stało? Skoro go nie będzie!
Ten chłopiec, którego tak kochał, porzucił go nikczemnie na pastwę nocy i samotności. Czy to możliwe, aby ludzkie serce do tego stopnia niewdzięcznym było? Czy postąpiłby z nim w ten sposób jego syn, albo wnuk, albo chociaż ten siostrzeniec, ten biedny student w suchotach? Nie! Głos krwi zawsze się odezwać musi, a Murek, to był obcy; wśród cudzych najmniej cudzy — więcej nic.
Tłum najróżnorodniejszych myśli, wspomnień, rwących się lub płatających dziwacznie, rozsadzał mu głowę. Chciał się nad jedną jakąś myślą zatrzymać, bo go to wirowanie o zawrót przyprawiało — nie sposób! Uciekała wnet, a za nią pędziła druga, trzecia, pędziła prędzej, niż ten deszcz pędził z wysoka na ziemię, niż wiatr, co się znów zerwał, po gałęziach, niż ciemność po niebie.
Bo — może to tylko tak jemu mroczyło się w oczach, ale nic już prawie nie było widać. Nogi jego w rozmiękłej ziemi, od której chłód wchodził mu aż do szpiku kości, zdrętwiały zupełnie, krew pędzona do głowy szumiała w uszach i oślepiała oczy.