Chłopak dopadł do wózka i włosy dębem stanęły mu na głowie, gdy zobaczył puste, przemokłe od deszczu siedzenie.

— Jezus Maria! — krzyknął po raz drugi, i przestraszył się własnego głosu.

Co się z tym starym zrobiło? Czy go diabli żywcem porwali?

Dygocąc z dziwnego wzruszenia, jakiego nigdy dotąd nie doświadczył, puścił się na poszukiwania.

Niedługo to trwało. Bystre jego oczy rozróżniły na ziemi czarną jakąś masę, w której domyślił się swego pana.

— Zemdlał dziad — pomyślał, przyśpieszając kroku — potrzebnie mu było z wózka wyłazić. To dopiero cholera!

Pochylił się, dźwignął go za ramiona i wrzasnął przeraźliwie.

Chłód śmierci go zaleciał; bielmem zaszłe, nieruchome oczy łysnęły blado z pośród zastygłej w kontorsjach224 konania twarzy.

Rozległ się znowu plusk. To Murek opuścił trupa w kałużę na powrót, a sam zaczął uciekać jak szalony. Zimny pot spływał mu kroplami po rozognionych policzkach; zgroza, wstręt, przerażenie, ścigały go jak furie przez ten ciemny, najeżony gołymi drzewami, szumiący deszczem ogród.

Zdawało mu się, że lada chwila jakaś zimna trupia ręka chwyci go za ramię; jakieś bielmem zaszłe oczy łysną nań okropnie.