Przyjechali wiejskim obyczajem, na półtorej godziny przed odejściem pociągu; dzieciom nudno w małej, pasażerskiej salce, wyciągnęły więc siostrzyczkę do ogródka, a „On”, korzystając z zajęcia się wujenki229 pudełkami, pośpieszył za nimi i oto, gdzie nastąpiło wyznanie.
Ogródek jest mały i skąpo zacieniony. Południowe słońce dogrzewa, jak to jest jego obowiązkiem w lipcu — ale „Oni” nie uważają na to.
Usiedli na ławeczce pod okwitłą akacją; dzieci ich odbiegły — są sami!
To usposabia przedsiębiorczo „Jego”. Sięga po malutką rączkę, która leży drżąca na podróżnej, popielatej sukience i — kto by przypuścił tak realistyczną śmiałość w tym niebieskookim, kompromitująco bladym, jak na obywatela marzycielu? — ściąga z niej zamszową rękawiczkę.
Jednakże w połowie roboty przerywa ją sobie. Czy się zawstydził? Bynajmniej.
Różowa miękka dłoń błysnęła mu w słońcu, więc utonął w niej ustami, przytrzymując wyrywające się dosyć wprawdzie słabo paluszki.
— O! Proszę, puść pan moją rękę — szepcze panienka.
— Kocham cię! — odpowiada młodzieniec za całe usprawiedliwienie.
Spoglądają sobie w oczy.
O! Dziecięco naiwne szczęście chwil takich, w których zetknięcie się dwóch dłoni spotkanie dwóch par źrenic wystarczą, aby się stać całym poematem miłosnego wzruszenia!