Staśka zna już tę nieodgadnioną twarz, a mimo to wpatruje się w nią z natężeniem, jak gdyby naprzód wyrok z niej odczytać chciała.
Ta, o którą tu chodzi, wydaje się mniej zainteresowana. Z roztargnieniem patrzy przed siebie. Widocznie myśl jej krąży wciąż koło widzianego we śnie kwiatka.
— I cóż, panie doktorze, i cóż? — pyta Staśka, drżąc cała.
Doktor nie odpowiada; oczyma błądzi po stole, zarzuconym skrawkami białej piki i kratkowanych materiałów.
Staśka z pośpiechem robi miejsce na papier i kałamarz.
— I cóż, panie doktorze? — powtarza, wyławiając pióro, zabłąkane pod zwój popielatej satyny.
— Zapisuję tu lekarstwo — przemawia wreszcie doktor. — Trzeba je przynieść jak najprędzej. — Lekarstwo jest drogie — dodaje z wolna i patrzy badawczo w twarz młodziuchnej szwaczki.
Ta rumieni się gwałtownie. Usta jej drgnęły, powieki zaczynają łopotać.
— Dobrze, panie doktorze — odpowiada, przełykając ślinę.
— Dobrze, panie doktorze — przedrzeźnia ją doktor z szorstką dobrotliwością. — Tak łatwo mówi się to „dobrze”. Lekarstwo kosztować będzie trzy ruble. Są pieniądze w domu?