Opowiadający uśmiechnął się znowu, tym razem wręcz melancholijnie i, po krótkiej przerwie, mówił dalej:
— Znowu wtedy zjawił się przede mną lokaj z filiżanką dymiącej, czarnej kawy i znowu, ledwo że ją do ust przytknąłem, cała jej zawartość, oblawszy moją nieszczęśliwą rękę, aż syknąłem z bólu, spłynęła na bladoniebieski tren panny Barbary. I tu nastąpiła katastrofa. Panna Barbara zerwała się z krzesła, pchnęła mnie przy tym łokciem w wykrochmalony plastron56 koszuli frakowej tak impetycznie, że aż się złamał ze chrzęstem, i wrzasnąwszy na cały głos: „A to z pana ciężki niezgrabiasz57!” — jak wicher przemknęła wśród wirujących par, unosząc wysoko, z wielkim zapoznaniem względów estetyki, zmoczony tren sukni i znikła w głębi mieszkania.
— Uuu! Jędza! — rzekł przeciągle pan Albin. — Nieba cię od niej uchroniły. Boć, oczywiście, że uchroniły!
— Tak, uchroniły — potwierdził pan Zenon z posępnym sarkazmem. — Dodam tu nawiasowo, że słyszałem o niej później, jako o idealnie dobrej żonie, a o jej mężu, jako o najszczęśliwszym człowieku pod słońcem. Ale wracam do trzeciej...
— Filiżanki czarnej kawy — podchwycił pan Albin. — Umieram z ciekawości, jak się to skończyło. Ale, wiesz, Zenonku, ty masz w sobie coś z Mucjusza Scewoli58. Żeby sobie tak lać ukrop na rękę... No, przepraszam cię za te ciągłe przerwy. Już teraz będę milczał do końca.
— Który jest niedaleki — zauważył pan Zenon, i mówił dalej:
— Przybyłem na trzeci teren moich podwójnie bolesnych eksperymentów już bardzo późno. Panna Celina tańczyła kontredansa59. Siadłem i przyglądałem się jej z bijącym sercem. „Jeżeli i ta mnie zawiedzie” — myślałem. I zacząłem pragnąć w sposób, do jakiego nie sądziłem się być zdolnym, aby mnie „ta” nie zawiodła. Bo też była to dziwnie piękna istota. Włosy krucze, z błękitnawym odblaskiem; cera olśniewająco biała; oczy fiołkowe o powłóczystym, jakby zalęknionym, wilgotnym spojrzeniu. Ubrana była całkiem biało, ze srebrnym haftem, a wielki bukiet fiołków u stanika cudnie odbijał od jej mlecznych ramion. Tańczyła przy tym jak bajadera60, gnąc się omdlewająco w objęciach tancerza, a jej karminowe usteczka rozchylały się, jak pąk granatu. Co do mnie, dygotałem z niecierpliwości, nie mogąc się doczekać końca kontredansa. Wreszcie tancerz odprowadził ją na miejsce, gdzie spoczywała jej balowa okrywka, której pilnowałem zazdrośnie i w ślad za tym przyniesiono mi moją kawę. Ach! Cóż to był za rozpaczliwie gościnny dom! Nigdzie nie widziałem tak dużych filiżanek. Byłem do najwyższego stopnia zdenerwowany; ręka przy tym piekła mnie fatalnie; więc, nie przełknąwszy nawet łyka z tej bomby, buchającej parą, chlusnąłem wszystko, z lekka tylko spryskawszy sobie dłoń, na śnieżne draperie61 i srebrne hafty.
— A ona? — zapytał gorączkowo pan Albin, zapomniawszy o swoim przyrzeczeniu — Cóż ona?
— Ona? Nie spojrzała nawet na brunatne strugi, szpecące tak ohydnie biel jej sukni, która, o ile mnie moja kompetencja nie myliła, była z tych trzech najkosztowniejsza. Jej fiołkowe oczy podniosły się na mnie z trwożnym niepokojem, a głosik, drżący niekłamaną troskliwością, zawołał: „Ach! Mój Boże! Pan się pewno oparzył!” ... Czy potrzebuję ci dodawać, że w kilka tygodni potem klęczałem z nią u ołtarza?
Nastąpiło milczenie. Pan Albin spoważniał. Ze współczuciem wpatrywał się czas jakiś w twarz przyjaciela, która przybrała zagadkowy wyraz.