I nie była wybredna!... O! Nie... Przekonałem się o tym... naocznie zszedłszy ją na czułem sam na sam z moim własnym stangretem.
No, ale to nie przeszkadzało jej być... dobrą! Niezaprzeczalnie dobrą!
Tu pan Zenon parsknął nagle śmiechem, który zadźwięczał jak zgrzyt noża po szybie. Stalowe oczy błysnęły mu niemal dziko.
Zerwał się z fotelu i kilkakrotnie szybkim krokiem przemierzył gabinet. Wreszcie zbliżył się do przyjaciela, który siedział jak skamieniały, i położył mu rękę na ramieniu.
— I cóż, Albinie? Czy jeszcze w dalszym ciągu będziesz szukał... dobrej i czy moja metoda trafiła ci do przekonania? — zapytał drwiąco, choć kąciki ust drgały mu hamowanym bólem.
Nie było odpowiedzi.
Czwarta filiżanka czarnej kawy
W cudne, czerwcowe popołudnie pan Albin siedział przy staroświeckim kantorku, prezentującym swe niezliczone, bukszpanem wykładane szufladki skrytki i onyksowe64 kolumienki na tle jasnej ściany po staroświecku urządzonego pokoju.
Cisza wiejskiej niedzieli chodziła dokoła obszernego dworu niewidzialnymi stopami i kładła na wszystkim swe błogosławione, kojące dłonie. Przez otwarte na ogród okna, wlewały się fale mocnej, jaśminowej woni, zmieszane z rzeźwiącymi zapachami świeżo skoszonego siana.
Młody człowiek siedział, przechylony w tył fotelu, opierając głowę na splecionych ulubionym mu ruchem dłoniach.