Ten wstał natychmiast i podszedł do pani Waluni.
— Signora76 zechce usiąść tam. Będzie wygodniej — rzekł, wskazując opuszczone przez siebie miejsce.
Ona wstała skwapliwie, wyszeptała jakąś podziękę i przesiadła się na wpół oszołomiona z nieznośnym zawrotem w głowie.
Po chwili jednak, gdy ją świeże powietrze otwartego okna owiało, doznała ulgi i zwróciła się ku swojej nowej sąsiadce, która wciąż spoglądała na nią przyjaźnie.
— Jaka pani... jacy państwo dobrzy, — rzekła z wdzięcznością — ten szkaradny człowiek byłby mię uwędził na śmierć!
— Widzieliśmy to — odparła tamta. — To gbur. Takich tu wielu — dodała z jakąś ogromną goryczą i mówiła dalej: — Widzi pani, jak on tylko tam usiadł, ten zaraz się cofnął. Tacy są tylko z kobietami odważni. O! Ja ich znam.
I znowu mściwa gorycz zadźwięczała w jej głosie.
— Jestem cudzoziemka — rzekła pani Walunia, nieco zdziwiona — ale słyszałam zawsze o pani rodakach jako o pełnych galanterii dla dam.
Nieznajoma zaśmiała się krótko.
— Dla dam! — powtórzyła z nieujętą intonacją. — Dla dam!