Mój przyjaciel Kazimierz przywiązał się do niej tak poczciwym sercem, jak poczciwą ręką chciał się z nią przed ołtarzem połączyć; starał się już lat kilka, jeździł, wzdychał, czekał, ale panna była niewzruszoną.
Wdzięki jej, delikatne wdzięki bardzo jasnej blondynki, zaczynały już więdnąć; bezcelowe, na wsi pędzone życie zaczynało rozgoryczać trochę jej łagodne, marzące, powolne usposobienie; widziała, że moja ciotka a jej opiekunka, jednej chwili pozbyłaby jej się z domu. Martwiła się tym, przemyśliwała o stworzeniu sobie samodzielnego bytu, czując doskonale, że tego nigdy nie potrafi, a pomimo to pan Kazimierz zawsze odjeżdżał z kwitkiem i teraz byłby także odjechał, gdybym go do swego pokoju na konfesatę112 nie zabrał.
Jak zwykle, przyjechałem tego roku spędzić parę wakacyjnych tygodni u ciotki i od rana do wieczora tuczyłem się wszystkim, co wieś w końcu czerwca dać może: ostatkami szparagów i pierwocinami113 czereśni, kurczętami i wonią jaśminów, róż i sianożęci114, kwaśnym mlekiem i blaskami księżycowych nocy.
Ta wioseczka, dobrze zagospodarowana, cicha, odsunięta zarówno od szyn kolei żelaznej, jak od pędzących po nich prądów nowszej cywilizacji, wydawała mi się jakimś dobrym, starannie przechowanym w słomie życiowej stagnacji, owocem przeszłości. W stolicy, w której po skończeniu przed paroma laty uniwersytetu otworzyłem — mało jeszcze odwiedzaną, niestety — kancelarię adwokacką, tak zupełnie inaczej wszystko żyło, ruszało się, mówiło, śmiało, płakało!
I dziwna rzecz, ta Gabrunia, którą ja tylko tak chropowato i niegramatycznie uparłem się nazywać, bo dla wszystkich innych była ona Elą, melodyjnie brzmiącą, poematy Słowackiego przypominającą Elą — ta Gabrunia, chociaż młoda jeszcze i piękna, wydawała mi się tu najstarszym, wprost archaicznym zabytkiem.
Nigdzie w Warszawie nie spotykałem takich dojrzałych panien, które by nosiły wieńce z bławatków nad czołem, rozpuszczały włosy poniżej kolan (bo też co prawda, rzadko która mogłaby się takiego marnotrawstwa blado-złotej peli dopuścić), które czy to pijąc herbatę, czy krając chleb, wyglądałyby zawsze jak przed chwilą spadłe z obłoków i za chwilę wznieść się tam mające; które robiły wrażenie jakichś istot odrębnych, żyjących w swojej własnej dla innych niemożliwej atmosferze, o nieokreślonych, niepochwytnych, zakrytych dla zwykłych umysłów barwach, woniach, światłach i cieniach.
Gabrunia — chciałem powiedzieć Ela — była romantyczką w każdym calu, żyjącą bohaterką przeżytych już romansów, w dodatku stała już poza progiem tej szczęśliwej, pierwszej młodości, w której różowym oświetleniu każde dziwactwo wydaje się nowym urokiem, a pomimo to nie była śmieszną.
Było coś tak na wskroś115 szczerego w jej przesadnym sentymentalizmie, tyle nieopisanego wdzięku w każdej jej ekscentryczności, tyle przy tym smutku, tęsknoty, żalu i dobroci wyglądało na ten świat boży przez jej szafirowe, śliczne oczy, że mimo woli trzeba się było zachwycać nią, ruszając ramionami i litować, irytując zarazem.
Ciotka moja, wdowa od lat kilkunastu, czynna, energiczna, rozkochana w swoim jedynaku, który z umiarkowaną żądzą wiedzy dawał się przepychać z klasy do klasy w gimnazjum gubernialnego miasta, dokuczała jej często bardziej przez prędkość, niż złą wolę.
W gruncie była do niej przywiązaną, bo Ela posiadała jakiś tajemniczy dar wkradania się w serca otaczających, (ja sam chwilami byłbym się dał za nią porąbać) życzyła jej jak najlepiej, ale dlatego właśnie byłaby pragnęła wypchnąć ją co najprędzej z domu na małżeńskim wózku, bo praktycznym swym rozumem oceniała niewesołe położenie biednej dziewczyny.