— Czy minęły? — rzekła moja kuzynka. — Mnie się zdaje, że one ciągle trwają, z tą różnicą tylko, iż wielu niewolników do końca życia dźwiga kajdany, nie widząc pana, który by z tego korzystał i który by ich w przystępie dobrego humoru mógł rozkuć.

— Skąd u ciebie tyle zniechęcenia, Gabruniu? — rzekłem uderzony niewysłowioną goryczą jej mowy. — Życie twoje niewesołe, to prawda, ale o ile wiem, nie miałaś w nim żadnych przejść ciężkich i...

— A skąd ty wiesz — przerwała mi — czy nie najcięższym jest to właśnie, kiedy się nie ma ani z czego śmiać, ani nad czym płakać? Ale niniejsza. Jaki to tytuł tej książki, Bolesiu?

Wymieniłem go.

— Czy to po łacinie?

— Po łacinie.

— Którejś zimy przestudiowałam całą gramatykę łacińską. Od biedy mogłabym łatwiejszych autorów tłumaczyć.

— Doprawdy! Nic nie wiedziałem, że mam tak uczoną kuzynkę. I w jakim celu zabrałaś się do tych studiów?

— W żadnym, książka mi sama wpadła do ręki. A że nie miałam nic innego do roboty...

— Ale co ci z tego przyjdzie? — ponowiłem.