— Nie pozwolić na rozlew krwi... Żywo tam! Wyrwać go z tłumu! — krzyknął z płomieniami w oczach.
Gdy strażacy skoczyli co tchu spełnić to polecenie ordynat znów jął wolno wypuszczać gromady z pogorzeliska.
Prawie wszyscy już byli poza pożarem, gdy z łoskotem zawalił się przepalony komin. Stęknęła ziemia pod nowym obuchem. Komin rozsypał dokoła mnóstwo rubinowych cegieł i olbrzymie łomy gruzów. Cały pusty plac wśród płomieni zajaśniał żarem. Teraz już ogień, dym siwoczarny, skotłowany, gryzący, zamieć sypkich iskier, wszystko to zbiło się w masę, w ogniste cielsko, miażdżyło się wzajem, pożerało..
Do ordynata przycwałował naczelnik straży głębowickiej, wołając:
— Ocalony od mordu, ale ciężko ranny. Wzburzenie ogromne. Pilnują go strażacy. Co robić?...
— Jak się zachowuje? Czy chce zbiec?
— Nie może: pokaleczone ma nogi i zbity.
Ordynat pomyślał chwilę.
— Odnieść go do naszego szpitala.
— Jak to, panie ordynacie? Do... naszego?