I zastosować się biernie do jej wymagań, swoje zaś własne, z którymi się zżyło i które się ukochało, cisnąć precz za siebie, by wspomnienia, ożywając, nie oślepiały.
Duszę swą zwęzić, by zmieściła się w tych małych szraneczkach, by nie wyfruwała w rozległe uroczyska dawnego bytowania. Ducha całego trzeba zdusić w piersi, bo wszelkie wzloty mogą dlań być teraz zabójcze.
Wzloty do istnienia, co już baśnią się staje.
Wzloty do snów tęczowych, co powrotu nie mają i są już mitem.
Iść trzeba, ale w ciżmach gniotących swą ciasnotą i prostotą.
I swą pospolitością.
Iść bez oglądania się, ze wzrokiem wbitym w szarą ziemię.
Bohdan się wzdrygnął. Koń pod nim zadrżał, jakby mrozem przejęty. Młodzieniec wyciągnął ramiona do gęstych obłoków spadłych na ziemię i modlił się do nich:
— ...Spowijcie mnie w siebie, wy, nieuchwytne, abym nie widział istnienia swego...
Abym się rozpłynął w bieli waszych pian i jak one śnił przy księżycu...