Wszedł w bór. Szum wyniosłych czubów zawiał nad nim, jakby pomruk tej szorstkiej istotności, która ogarniała go despotycznie, i zarazem jakby żałosne pożegnanie uciekających przed nim rozkoszy życia oraz groźny, acz stłumiony ryk szyderczej potęgi złota. Pomiatał nią z naigrawaniem, lecz teraz jest jej odwet.
Michorowski, zmoczony przez opary i rosę, zziębnięty na ciele i duszy, potknął się o korzeń i runął pod sosnę. Nie wstawał, przylgnął do mchów wilgotnych, ramionami objął chropowaty pień drzewa i zapłakał. Wyrwał mu się z piersi płacz, może w niej nieznany jeszcze, bo jakiś dziki, okrutnie rozdzierający duszę; płacz za utraconą panoramą świetlnej egzystencji; płacz witający ruiny — po przepychu.
Rozszlochany głos młodzieńca zlał się z harmonią szumu leśnego, lecz był jego dysonansem. A mgły łagodne, niknąc z pól, już bardziej nasiąkłych blaskiem nieba, pełzły do boru i tu, niby puchową zasłoną, otulały wątłe ciało Bohdana, którym wstrząsnął spazm serdeczny.
*
W parę godzin po północy do gabinetu ordynata w Głębowiczach cicho wsunął się strzelec faworyt. Szedł do biurka krokiem strwożonym.
— Co tam? — spytał ordynat.
— Ramzes przygnał sam, bardzo zmęczony i schlastany błotem — zameldował strzelec szeptem.
Długa chwila ciszy.
— Skąd przybiegł?
— Nie wiadomo. Znaleźli konia na dziedzińcu przed stajnią.