Podły twór!
Ordynat drgnął. Wstał i zgarbiony, jakby cały ogrom smutku dźwigał na swych barkach, poszedł wolno w stronę miasta. Rękę schował do kieszeni futra i zacisnął ze strasznym bólem.
— I oni chcą mnie?!... — warknęły jego usta równie wściekle, jak żałośnie.
Pogarda drgnęła mu w źrenicach.
XXVIII
Na Placu Trzech Krzyży ordynat nagle stanął. W jadących obok strojnych sankach ujrzał Bohdana z bardzo piękną damą. Była to znana primabalerina.
Bodzio w czapeczce fokowej na zgrabnej głowie, pochylony do swej towarzyszki mówił coś, ogniście gestykulując. Oczy mu błyszczały namiętnym płomieniem. Tak był zapatrzony w swoje cudo baletowe, że nie spostrzegł wcale ordynata.
Sanki z chrzęstem, z brzękiem sutych janczarów, z parskaniem pysznych koni, przemknęły pędem, wlokąc po bokach końce bogatej siatki, które obficie spadała z koni aż na śnieg. Zadzwoniły o bruk podkowy, trysnęły iskry, zaszumiały pióropusze i zaprzęg pomknął szumnie ku Nowemu Światu.
— Używa stolicy — uśmiechnął się ordynat.
Własna młodość stanęła mu w myślach, tak samo rozpalona i bujna.