Z bocznej loży, ukryty za firanką, Waldemar Michorowski z daleka przyglądał się kuzynowi. Prawie tuż obok loży, na sali, przy stoliku, siedziało dwóch mężczyzn, rozmawiając z sobą dość głośno.

Ordynat widział rozbawioną twarz Bodzia, patrzył na zalotne uśmieszki primabaleriny, ale nie słyszał słów. Od czasu do czasu jakiś dowcip wywoływał tam burzę śmiechu, piękna dama ogniściej błysnęła oczami lub też robiła skromną, niewinną minkę, a Bodzio zuchwale zaglądał jej w twarz.

Na estradę weszło pięć dziewcząt, rozpoczął się śpiew i tańce.

— Patrz pan! Wystawa kobieciny!

— Co za „kobieciny”?

— No: ciała. Ekspertów nie brakuje. Niech pan spojrzy na Michorowskiego.

Ordynat drgnął.

Panowie patrzyli na Bohdana, który pożerał oczami szansonistki64.

— Uważa pan, jaki łakomy? Jedną sobie zaangażował, i to dobry kąsek, a na te się oblizuje. Jak tak długo potrwa na tych ziółeczkach, to mu skrzydełka opadną.

— Nic mu, panie, nie będzie! Rasa wypróbowana! A ordynat głębowicki mało używał? Jednak zawsze zuch.