Rzekł wesoło:
— Skoro już wariujesz, miejże odwagę do końca. Gdzież są nasi panowie? Ale nie pamiętasz nawet, czy się państwo Sartascy zgadzają.
Bodzio ze zgrozą spojrzał dokoła.
— No! Czyżby?! — wykrzyknął.
Lecz otrzymał bardzo skwapliwą i przechylną odpowiedź. Bal się rozpoczął. Bodzio odzyskał utraconą chwilowo opinię.
Sam ruszył do mazura w pierwszą parę z panną Sartaską. Tańczył zamaszyście. Przesadzał trochę w udawaniu Bartka, był nieco rubaszny. Ale jego młoda twarz ognista i oczy patrzące z wdziękiem kokieteryjnym łagodziły zbytnią żywość ruchów. Dopiero w walcu zmienił się, płynął z tancerką wytwornie, z pewnym rozmarzeniem.
Ordynat kilka razy doznał przykrego uczucia. Czasem drobnostka była powodem. Jakiś znajomy ton w orkiestrze, zapamiętany w przeszłości, jakiś szum sukni kobiecej w zawrocie tańca, jakaś figura mazurowa budziła nagle dawne echa, a te, uderzając brutalnie w duszę — bolały.
Lecz Waldemar panował nad sobą. Wspomnień nie wypuszczał z ukrycia; bał się ich i miejsce było nieodpowiednie.
Jednak, gdy się coś trzyma w napiętej obawie, jak ptaka, by nie wyfrunął, nie można być swobodnym. Niepokój drży w sercu, oddycha się nim i widzi się go niemal oczyma. Waldemar czuł lęk podwójny: z chęci nieokazania obecnym swego wrażenia, bo mogłoby być zrozumianym inaczej, i zwalczenia w sobie uczuć żałosnych, zbyt ostro trąconych.
A zabawa kipiała życiem.