— To, to samo, to samo. Znam, znam ordynata! Działacz, społecznik! A pan tu zapewne lekko praktykuje? — dodał hrabia z figlarnym grymasem porozumiewawczym.
— O tak! Naturalnie! — wyręczył Bodzia w odpowiedzi sam książę Poniecki.
Bohdan się zmieszał. Może nie przyznałby, że właściwie jest oficjalistą, lecz interwencja księcia i jego uśmiech pobłażliwy zirytował go. Odparł dość szorstko.
— Przeciwnie, hrabio, pracuję na chleb bo... muszę. Praktykantem nie jestem.
Księstwo i hrabia stropili się nieco, ale koledzy Bodzia spojrzeli na niego z uznaniem i to było mu nagrodą za dużą przykrość.
Wszedł nowy gość, zamożny obywatel. Witał zebranych z uprzejmą serdecznością bez wyjątków. Przemawiał tak samo do księcia, jak i do Holewicza. Jedynie z uwzględnieniem dla tytułu Ponieckiego. Hrabiemu radośnie podał prawicę.
— A! Kochany sąsiad! Moje uszanowanie.
— Witam mego plan... ta... tora — wycedził hrabia mniej gorąco oraz mniej żarliwie potrząsnął ręką obywatela.
— Cóż to za tytuł? — spytał cicho Holewicza Bohdan.
— A to, widzi pan, ten obywatel plantuje buraki do cukierni hrabiego, hrabia zaś, korzystając z sytuacji, nigdy go inaczej nie nazywa, jak tylko plantatorem. To także rodzaj wyższości.