— A... tamte nadzieje... pani już pogrzebała!

Lucia wzdrygnęła się.

— Prawie.

— Jednak... pani jest niepewna?...

Baronówna spojrzała błagalnie.

— Proszę, nie mówmy o tym. Chce mnie pan czy nie?

— Pragnę cię, wielbię i chciałbym cię ukoić, upieścić, abyś zapomniała o swej niedoli. Jednak... daj mi trochę nadziei, że... z czasem pokochasz mnie, Luciu!... Luciu moja!

Jerzy mówił z przejmującym uczuciem, ustami pełnymi płomieni.

— Nadzieja? — odszepnęła Lucia. — Ha! Niech ją pan ma. Miejmy ją oboje! Ale nadzieja to ślepy magnes, wciągający ludzi na kolce życia, na jego ostrza. Lecz miejmy ją: może ujarzmimy ten zły magnes? Może złagodzą się nasze dramaty, nasze bóle? Jeśli pan chce, jestem jego...

Brochwicz uścisnął jej dłonie. Rzekł smutno: