Oboje milczeli.

W duszy Luci rozsnuwał się niepokój, owładnęła nią nagle trwoga, jakby chęć do ucieczki. Bała się spojrzeć na Bohdana, by w oczach jego nie doczytać wyroku na siebie. Ten Bodzio, wesoły kuzynek, od razu w umyśle jej spotężniał, stał się nowym i ciekawym.

Nawet zastraszającym.

„Po co on przyjechał... Co znaczą jego słowa?...”

Pytania wirowały w mózgu baronówny, uparte, domagające się wyjawienia prawdy.

Bohdan ją zainteresował, lecz jednocześnie jakby ogłuszył. Wrażenia, wręcz przeciwne sobie, gromadziły się natarczywie. Serce Luci uderzyło parę razy wdzięcznością dla Bohdana, aż oto znowu Brochwicz wypłynął na serdecznych falach jej uczuć. Obudziła się śpiąca etyka i myśl głęboka, owiana apatią, lenistwem, bezczynna, szarpnęła się; oburzona za spokój zmącony do dna. Senne majaki moralności zostały przez Bodzia targnięte zbyt gwałtownie. Więc dominowała niechęć.

„Po co on mnie otrzeźwia? Chcę spać, nawet w udręce snów tragicznych.

Idąc na przepadłe, nie chcę otwierać oczu. Po co on mi je otwiera?

Czy dlatego, aby ból uczynić nieznośniejszym?

Czy dlatego, aby zeń drwić?”