Baronówna wstała z fotela.

— Dosyć! — przerwała. — Żegnam ciebie. Jesteś dziecinny... i śmieszny.

Prędko wyszła z pokoju.

Bohdan słyszał jej śmiech, nienaturalny, krztuszący się nienawiścią do niego, drapieżny — i pełen żalu.

Jad, wszczepiony słowami Bodzia, wsiąkał w duszę Luci i zaczynał powoli działać.

XLVI

Lucia całą noc przemęczyła się rozterką duchową. Trapiła ją walka z porywami wewnętrznych zagadnień, z szeptem buntowniczym sumienia. Gwałt, zadany sercu, mścił się już w przededniu spełnionego faktu. Małżeństwo swe widziała jako rzecz konieczną, ale pragnienie zerwania go świtało w tajemnicy nawet przed tą cząstką duszy, z której się poczęło. Ogarnęła Lucię mętna abstrakcja i pytania, obłędne pytania:

— Co robić?...

Jak pozbyć się ciasnych pęt, będących dotychczas tylko nieprzyjaznymi, dziś już nienawistnymi?

Jeśli się zaś ich pozbędzie: gdzież ratunek i jaki?