— Pani zna moje uczucia, tylko je lekceważy. Tak nie można. Mowę czyjegoś serca trzeba szanować przynajmniej, jeśli nie jest się zdolnym odpowiedzieć na nią. Miłość, głęboko pojęta, jest majestatem, jest powagą, dla której trzeba mieć cześć.
— Czy ja robię jakąś krzywdę pańskim uczuciom? Nie rozumiem — rzekła Lucia trochę niecierpliwie.
— Robi pani największą, bo ich... nie odwzajemnia. Ale... to nie pani wina.
— Tak, nie kocham pana i nawet... nie żałuję tego.
Brochwicz zacisnął usta. Czoło sfałdowało mu się boleśnie. Doznał wrażenia okropnego, że Lucia zimną ręką wyjęła z niego serce i trzyma je na swej dłoni, drgające, ociekające gorącą krwią.
„»Nie kocham cię i nawet nie żałuję tego«. Och, kobieta! Kobieta!...”
Siedział jak zabity, wstręt do niej odczuwał jak przed czerwoną suknią kata. Lucia spojrzała na niego i zlękła się. Rękę oparła o jego dłoń.
— Panie Jerzy! Panie Jerzy!
Odsunął ją od siebie szorstko.
— Niech mnie pani nie dotyka. Już dosyć szyderstwa. Zawsze mnie pani oblewała lodem, mroziła serce i duszę.