„Czym ranny?” — pomyślał.
XIII
Choroba wybuchnęła nagle ze zdumiewającą gwałtownością. Ordynat kaszlał, męczący ból w boku wzmagał się i groził.
Michorowski zaczął pluć krwią.
Chwilami tracił przytomność i znowu ją odzyskiwał.
Gorączka chwyciła go w zabójcze szpony.
Organizm, silny i zawsze odporny, tym razem uległ z żywiołową mocą. Zapalenie płuc rozgorzało mściwie, chłonąc mięśnie, krew i umysł. Michorowski walczył z chorobą jak lew, ale go zmogła. Zaczęła się już walka ze śmiercią. Walka poważna, nierokująca nadziei zwycięstwa dla strony napadniętej. Ordynat nie chorował nigdy przedtem i teraz borykał się jak z czymś nieznanym, tracąc siły z przeraźliwą szybkością.
Biało-Czarkasy trzęsły się, w Głębowiczach zamierali z trwogi. Alarmujące telegramy strzelca Jura zwoływały do łoża chorego lekarzy, niosły przestraszające horoskopy do rodziny; uderzały gromem. Ale nikt nie wiedział dokładnie, co się stało. Depesze były groźne, lecz niejasne. Ranny czy chory?
Luci ta niepewność podniosła włosy na głowie, lecz przed dziadkiem zataiła wieść mogącą go zabić.
Piątego dnia w zamku Biało-Czerkaskim zapanowała panika.