Michorowski, widząc go, nie pojmował, co go tak podnieca. Młodzieniec czynił na nim wrażenie podejrzane, trochę narwańca. Nie wiedział jeszcze wówczas, że on gra.
Ordynat drgnął na swej ławce. Usłyszał w bocznej alei młody głos i był pewny, że należy do nieznajomego.
Ale to głos znajomy! Co to jest?...
Spoza klombów wyszedł młodziedziec w białym flanelowym kostiumie, prowadząc rozmowę z jakimś ospałym brunetem.
— Upewniam pana — mówił po polsku — że to ostatnia stawka. Jeśli przegram, diabeł się pocieszy.
— Bo przestałbyś pan z tą ruletą! — rzekł brunet tonem upominającym.
Młody człowiek roześmiał się.
— Kapitalny! To tak, jakbyś pan tonącemu powiedział: „przestań do licha z tą wodą!” Cha! cha!...
Brunet znowu coś mówił, czego już ordynat nie słyszał, bo znikł w drzwiach Kasyna.
Zerwał się i poszedł za nimi.