— To znaczy, że sam tytuł ciebie nie olśniewa? Dobre i to! A, na którą stronę się przechylasz?
Bohdan zaczął po swojemu wykrzywiać usta.
— Ja tkwię w środku i stworzę nową kategorię: zacno-łajdacką. Krańcowości nie lubię! Nudzą mnie śmiertelnie.
Ordynat radził młodzieńcowi wstąpić na uniwersytet.
— Nie mam pieniędzy — burknął Bohdan.
— Na to się znajdą, bądź spokojny. Wybierz sobie najodpowiedniejszy wydział, a ja ci wskażę uniwersytet.
— E! Wuju! Nie mnie brać się za bakalarstwo! Dobrze, że skończyłem siedem klas szkolnych: miałbym się znowu do ławy przyszywać? Ani myślę! Zresztą w naukę nie wierzę. Mając spryt, można się samemu więcej nauczyć niż bez niego w stu uniwersytetach. Czy ja jestem taki głupi? Wiem bardzo dużo, czytałem moc, a że się tam w filozofii babrać nie potrafię, to jest bez znaczenia. Do wynalazków także nie mam pretensji. Jednego tylko żałuję...
— Że masz takie pojęcie? — spytał ordynat.
— Nie, ale że Czerczyn nie jest moją własnością — odrzekł Bohdan trochę smutno.
— Puściłbyś go tak samo, jak i swoją spłatę.