— Widzi kuzyn, jaki to syn niewdzięczny — jęknęła żałośnie do Waldemara.
— Wiktor będzie wdzięczniejszy, kiedy mamę z torbami puści.
— Zuchwały jesteś! — rzekł ordynat.
— Zobaczymy! Ja już jestem wyrzucony, w szalupie ratunkowej; ale Wiktor płynie całą parą.
Pani Kornelia, prócz gorzkich wymówek, zdobyła się jednak i na lepszą broń względem syna. W potoku czczych żalów i urągań, które aż ordynat musiał łagodzić, ironiczna dama rzekła z emfazą, ale trafnie:
— Więc teraz Bodzio zostanie pasożytem Głębowicz: prawda?... Będzie puszczał pieniążki ordynata i bąki zbijał. Voila! To jest par excellence34 odpowiednie stanowisko dla Michorowskiego z Czerczyna.
Ordynat, dotknięty niemile, ściągnął brwi, lecz zanim przemówił, zerwał się Bohdan czerwony, wściekły, i rzucił przez zęby:
— Nie Michorowski z Czerczyna, ale Michorowski hołysz, z bruku nicejskiego, na który cisnęły mnie... hojne paluszki mamy i chytra łapa Wiktora. Widzieliście, że ginę, ale gdy umyślnie zażądałem nie setek, lecz nawet tysięcy rubli, toście mi je przysyłali bez protestu. To spisek! Chcieliście, bym wybrał swoje i bodaj zdechł! Reszta was nie obchodziła. Byle „Vittoro”35 uwolnił się od lokatora na czerczyńskiej hipotece. I zdychałem! Długi mnie napierały. Pożyczałem 200 rubli, wydając weksel na 400 i więcej. Zacząłem grać... Lazłem w błoto! A ten, kto mnie wyratował, zbiera owoce, waszą ręką posiane. Może mnie wyrzucić za próg, ale jego nie zrujnuję, bo mam dla niego szacunek. Dla was: nie! Pasożytem nie będę.
Zakręcił się na pięcie, wyszedł i trzasnął drzwiami.
Pani Kornelia zemdlała, potem dostała spazmów oraz serdecznego płaczu i tego samego dnia odjechała z Głębowicz.