— Ależ co znowu! — oburzył się Waldemar. — Przecie potrafię zapanować nad sobą. Zresztą najlepiej będzie, gdy zaraz odjadę.

— To właśnie najgorsze.

— Prawie konieczne. Jestem tak podrażniony, że drobnostka może mnie wyprowadzić z równowagi pomimo mej woli. Niech ten... osioł przy kolacji odezwie się do niej z czymś niewłaściwym lub zacznie umizgać się do Luci... nie ręczę za siebie. Wolę go nie widzieć wcale.

— Idalka dziś nie powróci na pewno.

— Wszystko jedno — rzucił zły.

Uderzył szpicrutą po gałęzi, aż grad liści posypał się pod nogi, i cisnął jakieś przekleństwo.

— Co zamierzasz czynić? — spytał pan Maciej.

— Czekać pierwszej sposobności i tego gagatka wyprawić.

— Drażliwa materia. Gdyby był płatny, zapłaciłbyś mu za cały rok i skończone, ale tak!...

— Zaproponuję mu przeniesienie się do Głębowicz, lecz w ten sposób, że powinien zrozumieć, czego chcę.