— Pan Prątnicki... karą czwórką... do miasta?
— Tak mówi stangret.
— Rządca wiedział od rana, że pojadę. Jakże mógł dać te konie?
— Pan praktykant powiedział, że jaśnie pani pojedzie gniadymi.
— To nie może być! — zawołała wzburzona baronowa. — Niech Benedykt przyjdzie do kredensu119.
Jacenty wyszedł.
Pani Idalia powstała z krzesła, szarpiąc nerwowo rękawiczki.
— Skandal! — wołała do siebie. — Ja dysponuję konie, a mnie powiadają, że koni nie ma? On za wiele sobie pozwala. Waldy go rozzuchwalił. To do niczego niepodobne. Voilà qu’ il est ridicule!120...
Wzburzenie jej rosło.
Tymczasem przed stajnią zebrała się narada. Jacenty, Benedykt i kilku stajennych mieli miny zakłopotane. Szukali rządcy, ale Klecz wyruszył w pole.