— Nie spodziewaliśmy się was dogonić — dodał pan Maciej.
Waldemar zgarnął lejce w jedną rękę, drugą z batem oparł na poręczy kozła za plecami Stefci i wychylony przed nią, zawołał wesoło:
— Mieliśmy na drodze katastrofę.
— Katastrofę? Jaką?
— Zbuntowała nam się panna Rita.
Był rozbawiony, szare oczy śmiały mu się, usta płonęły, spod nastrzępionych wąsów błyskały zęby. Zgrabnie przegięty, pełen szykownej a niedbałej elegancji, miał w sobie coś junackiego. Pyszny w swej postaci magnata, pociągał oczy wszystkich.
Przy nim Stefcia, biała i różowa, wiotka i dziwnie wdzięczna, również pełna uśmiechów, wyglądała bardzo ładnie. Razem tworzyli parę niesłychaną. Obie księżne przyglądały im się ciekawie, z drugiego powozu pani Elzonowska przez swe typowe szpareczki i hrabina przez lornetkę. Hrabinę dotknęło, że Stefcia siedzi obok ordynata.
Po odezwaniu się Waldemara panna Rita stanęła w breku i machając rękawiczką, zaczęła wołać:
— Niech państwo nie wierzą. Ordynat jest dziś anormalny, plecie jak w malignie.
— Jak to? Czy nie zrobiła mi pani awantury?...