Waldemar uśmiechnął się.
— A choćby dlatego, że te ukwiecone własne łany mogę pani pokazać, że panią wiozę do siebie. Czy to samo nie może już dać pewnej dozy zadowolenia?
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Takie niepodobne do pana to, co pan powiedział — rzekła poważnie.
Popatrzał na nią ciekawie.
— A do kogo? — zapytał.
— Choćby do pana Szeligi, bo ja wiem zresztą.
— Niech mi to pani wytłumaczy.
— Po co, kiedy pan sam doskonale to rozumie.
— Przyznam się pani, że niezupełnie.