Waldemar podszedł do stalli237, powitał panie i zajął miejsce obok Stefci, siedzącej z brzegu.
Pani Idalia pochyliła głowę w tył i spytała szeptem:
— Waldy, czy jedziesz z Głębowicz?
— Nie, byłem w Słodkowcach — brzmiała odpowiedź.
— Tiens238, więc wiedziałeś, że tu jesteśmy?
— Wiedziałem.
— Dobrze zrobiłeś, Waldy! — wtrąciła szeptem Lucia.
Waldemar wyprostował się i teraz dopiero zauważył pełne ławki naprzeciw. Na gęste ukłony odpowiedział długim skinieniem głowy. Do Stefci nie mówił nic; parę razy spojrzał bokiem na jej ładny profil, schylony nad książką, i żywe kolory na twarzy. Wiedział, że on je wywołał, spostrzegł wrażenie, jakie zrobił na niej wejściem do kościoła. Był zadowolony i podniecony, czuł dziwną ulgę, że ją ma przy sobie. Z rozkoszą śledził każde jej poruszenie i oddech; nie patrząc, wiedział, jak ubrana.
I wszystko mu się podobało, wszystko miało dla niego urok. Po dłuższym niewidzeniu znalazł ją jeszcze ładniejszą i bardziej upragnioną. Zaczynał ją po swojemu analizować, ale prędko spostrzegł, że wobec niej na nic się to nie zdało, i uległ wrażeniu.
A Stefcia dopiero teraz odczuła, że pomimo starań nie zdołała o nim zapomnieć, że ta nieokreślona tęsknota, jakiej nie mogła zrozumieć, była za nim.