Stefcia oprzytomniała, widząc ordynata przed sobą.

Uścisnął silnie jej rękę. Przez chwilę trwała cisza. On rzekł niskim głosem:

— Jak to dobrze. Spotkałem panią znowu w tym borku.

— Jak w maju. Teraz jesień!

— Można i w zimie stworzyć sobie maj.

Stefcia milczała.

— Zapomniałem, ujrzawszy panią, o jedynym celu mej podróży. Dziś pani święto... Pospolitych życzeń nie znoszę... ponieważ jednak szablon trzeba zachować...

Stefcia przerwała:

— Nie, po co? Dość, że pan przyjechał. To dowodzi pamięci, to wystarcza... Dziękuję!...

Podniósł do ust jej rękę z wytwornym pochyleniem głowy. Gorące dotknięcie jego ust sprawiło na niej wrażenie prądu elektrycznego. Mówiącego wyrazu jego oczu nie zniosła — spuściła powieki.