Gorąca arabska krew kipiała w nich, sieć żyłek jak splątane sznurki wiła się na ich ciałach; uderzały w ziemię kopytami z dziką zajadłością i znać było, że tylko uległy potężnej sile i woli człowieka, lecz byle odrobina swobody, a znowu zerwą się z szałem i hukiem pruć powietrze jak stado centaurów248.

Waldemar przeczuł to i miał się na baczności, trzymał silnie wodze w ręku, a gdy Stefcia prosiła go, aby jej oddał lejce, poruszył przecząco głową.

— Ależ pan zmęczony, proszę odpocząć, ja pojadę wolno — prosiła Stefcia.

— Nie, pani, jeszcze nie czas, muszę je uspokoić, aż będą jak baranki. Teraz nie pani im, ale one pani podyktowałyby warunki.

— Będę silnie trzymała, zobaczy pan.

Pochylił się nad nią z uśmiechem.

— Niech się „dzidzi” nie upiera.

Stefcia oniemiała.

— Waldy, po jakiemu ty nazywasz pannę Stefanię? — zawołała oburzona Lucia.

— To po australsku249, stosowane z powodzeniem w Honolulu — zauważyła ironicznie Stefcia.