Pocałował ją w rękę.
— One również zachowają pani obraz. Ukraszała je pani, teraz osieroca... Zostanę tu jak pustelnik.
— Więc niech pan jedzie z nami.
Spojrzał na nią błyskawicznie. Iskierki zatliły mu się w oczach. Odwrócił się do zebranych lokai, wydając rozkaz:
— Niech osiodłają Apolla.
Młodszy pokojowiec wypadł na ganek. Jednocześnie ze schodów schodziła pani Idalia z Lucią i pan Maciej, prowadzony przez kamerdynera. Słyszeli rozkaz ordynata.
— Jedziesz z nami? — spytała baronowa, patrząc na zaróżowioną Stefcię i żółte róże w jej ręku.
— Tak — odrzekł Waldemar — boję się tych pustych ścian. Nigdy nie wydadzą mi się bardziej smutne jak teraz.
Poskoczył na schody i usunąwszy lokaja, sam podał ramię dziadkowi.
Nadszedł Ostrożęcki z praktykantami, marszałek dworu i łowczy. W portyku pod filarami zebrali się lokaje i pokojowcy. W drzwiach stał koniuszy Badowicz. Orkiestra grała na krużganku ulubioną Stefci uwerturę Suppégo378: Chłop i poeta. Pani Idalia i Lucia miały również ogromne bukiety kwiatów. Lando, wybite karmazynowym aksamitem, zaprzężone było w czwórkę rosłych folblutów złotogniadej maści, z forysiami na koniach i z tyłu landa. Obok osiodłany Apollo wyrzucał niecierpliwie głową, pieniąc się i bijąc kopytami w żwir podjazdu. Od portyku do bramy w arkadach stały dwa szeregi strzelców na koniach w strojach odświętnych, z Jurem na czele. Waldemar podsadził dziadka i panią Idalię do landa. Stefcia zajęła przednie siedzenie wraz z Lucią.