— Ach, babciu, zawsze i przed chwilą nawet wymawiałaś mi, że o tym nie myślę, a teraz ta wiadomość tak cię zdziwiła, że niemal przerażona jesteś.
— Więc... to prawda?
— Ależ tak, droga babciu, teraz nie żartuję! Przyjechałem umyślnie, aby ci to powiedzieć i prosić o błogosławieństwo.
— O... błogosławieństwo? Już? Nic nie słyszałam, abyś się o kogo starał, Waldy. Skąd tak nagle?...
— O, babciu, ta, którą chcę mieć za żonę, jest mi od dawna droga. Znasz ją i lubisz. Ale sądziłem, że odgadniesz sama, ja się nie ukrywałem.
— Kto to, Waldy... Kto? Czyżby Melania Barska? — pytała księżna niespokojnie.
— Ależ, cóż znowu? Barska była i jest mi najzupełniej obojętna.
— Więc któż inny?...
Waldemar utkwił w twarzy księżnej wzrok przejmujący i wyrzekł miękkim głosem, ale dobitnie:
— Stefcia Rudecka.