Stefcię chwycił płacz.
— Nie wiem — wyjąknęła.
— Proszę o to bardzo.
Ucałował gorączkowo jej ręce i zatrzasnął drzwi.
— Benedykt, uważnie jechać. Wawrzyniec niech na dworcu wszystko pani ułatwi — krzyknął.
Niecierpliwe konie ruszyły z miejsca.
Waldemar patrzał za oddalającą się karetą, po czym odwrócił głowę w stronę, gdzie stały inne sanki.
— Pan ordynat jedzie? — spytał Jacenty.
— Nie wiem. Pewno nie. Czy aby szczęśliwie dojadą?
— Jasna noc, jak dzień. Droga jak po stole i przecie Benedykt na koźle — rzekł uspokajająco Jacenty.