Starzec, porwany zapałem, powstał z fotela z ogniem w oczach. Wyciągnął ręce.

— Wnuku mój! Cześć tobie i niech ci Bóg błogosławi!

Waldemar poruszony, z głuchym dźwiękiem w piersiach, objął chwiejącą się postać dziadka i gorąco, z uczuciem przylgnął do jego ramienia. Pan Maciej głowę wnuka ścisnął rękoma, drżące usta starca spoczęły na jego dumnym czole.

Wszyscy mimo woli powstali. Uroczystość chwili podniosła ich z miejsc. Parę głów zwróciło się machinalnie w stronę kotary, gdzie panna Rita zanosiła się spazmatycznym płaczem.

Księżna siedziała jak martwa, bez kropli krwi w twarzy. Patrzała błędnie na pana Macieja z wyrazem zupełnego osłupienia. Drgnęła, gdy Waldemar przyklęknął przed nią i delikatnie ujmując jej rękę, szepnął miękkim, pieściwym głosem:

— A ty, babciu?... A ty?...

— Nigdy! Nigdy! — krzyknęła księżna i zwisła na fotelu.

Zemdlała.

Zrobiło się zamieszanie, zaczęto cucic.

Waldemar wziął staruszkę na ręce i niósł do jej sypialni. Cała procesja szła za nim.